wtorek, 8 listopada 2016

Zadanie 4.: Autoetnografia - podsumownie

Po zapoznaniu się z literaturą dotyczącą autoetnografii i wykonaniu zadań mogę stwierdzić, że może ona stanowić zarówno świetną podstawę jak i uzupełnienie badań socjologicznych. Wykorzystanie współczynnika humanistycznego, a na nim właśnie opierają się metody autoetnograficzne, jest niezwykle ważne. Ze względu na samą dziedzinę socjologii i tematy jakimi się zajmuje, spojrzenie na zjawiska z perspektywy uczestników wydarzeń, tego w jaki sposób jawią się dla nich, wydaje się kluczowe. 
Rola badacza różni się tu od typowej roli moderatora. Faktycznie jeśli jest to badanie na pewnej grupie, można mówić tu o elemencie moderacji, ale i w tym przypadku zauważyć da się różnice jeśli chodzi o samą interpretację. Odchodzimy od typowego podejścia skupiającego się na obiektywności, rzetelności i trafności. Dodatkowo jeśli to sam autor staje się obiektem badania, zmienia to całkowicie postrzeganie, sposób interpretacji. Wyraźnie można było to odczuć w czasie tworzenia wpisów na blogach – czułam, że jestem jednocześnie obserwatorem i obserwowanym, sama dla siebie stałam się obiektem obserwacji, a to pozwoliło mi na zastanowienie się nam samą sobą, również w szerszej, społecznej perspektywie (w takiej refleksji pomogła też późniejsza analiza blogów tworzonych przez innych).  
Włączenie do procesu badawczego osobistych odczuć, a więc odczuć badacza, jego prywatnych refleksji, otwiera moim zdaniem całkiem nowe możliwości. Znika w tym momencie problem obiektywności, o którą zawsze jest trudno w  czasie badań. W przypadku autoetnografii mamy od początku świadomość subiektywności metod, otwarcie się do niej przyznajemy. Przy jakichkolwiek badaniach ciężko jest o całkowitą obiektywność, tu natomiast subiektywność może zostać wykorzystana, wręcz stać się atutem. 
Tego typu skupienie na własnych emocjach, myślach, spostrzeżeniach w dalszej kolejności może pomóc w uchwyceniu ogólnych społecznych i kulturowych elementów świata, które zawarte są nawet w subiektywnych, osobistych historiach.  Pisanie wypowiedzi opartych na metodach autoetnograficznych w znaczny sposób przyczynia się do rozwijania wyobraźni socjologicznej co zwiększa kompetencje badacza społecznego. Jest on w stanie lepiej zrozumieć jednostkę i jej relacje z otoczeniem, doszukać się w jej zachowaniu wpływów społecznych i kulturowych. Daje to możliwość lepszego zrozumienia występujących  w danej rzeczywistości kulturowej zjawisk. Dzięki temu badacz może też zauważyć wiele nieprawidłowości w swoim dotychczasowym postrzeganiu i zmienić swój sposób widzenia. Takie spostrzeżenia nasuwają mi się nie tyle dzięki samemu tworzeniu wpisów na blogu, ale nawet bardziej dzięki ćwiczeniom, które opierały się na analizie blogów innych osób. Wiele rzeczy mnie zdziwiło, skłoniło do refleksji i czasem nawet zmieniło nieco moje postrzeganie. Myślę, że przy prowadzeniu prawdziwego badania tego typu metody mogłyby mi pomóc w o wiele lepszym poznaniu badanych i ich rzeczywistości i być może zmieniłyby też moje spojrzenie na niektóre zjawiska. Z pewnością mogę stwierdzić, że metoda ta pełni funkcję poznawczą. Jest to poznawanie siebie i innych w sposób dokładniejszy, bardziej refleksyjny.
 Myślę, że w szczególny sposób przekonałam się też o funkcji psychologicznej autoetnografii. Wykonywane ćwiczenia pozwoliły na zastanowienie się nad własnymi odczuciami i emocjami oraz tymi, które próbowali przekazać inni. 
Jeśli metodę wykorzystujemy do badania innych, a więc badacz nie jest jednocześnie badanym, tego typu metody mogą pomóc w lepszym poznaniu badanego, może on się bardziej otworzyć i czuć większą swobodę w czasie pisania tekstu samodzielnie. Doświadczenie pisania bloga utwierdziło mnie zresztą w tym przekonaniu – o wiele łatwiej było mi zastanowić się nad pewnymi  kwestiami i nie miałam problemu z opisaniem ich na blogu, choć jestem przekonana, że nie udzieliłabym tak dokładnych i szczerych odpowiedzi, gdybym znalazła się w sytuacji bezpośredniej konfrontacji z badaczem. Dodatkowo wydaje mi się, że taki sposób prowadzenia badań okazałby się pomocny, gdybym chciała poszerzyć perspektywy badanych, zmienić trochę ich sposób postrzegania innych osób czy otaczającej ich rzeczywistości. W takim przypadku nie tylko badacz lepiej poznaje otoczenie i rzeczywistość, ale tej zmiany doświadczają też badani. 
Oczywiście z metody tej mogą też wynikać problemy, z których najistotniejszym, wydaje mi się prawdziwość relacji. Nie mamy pewności, że tworzone teksty nie są jedynie wytworem wyobraźni autora, nie mamy pewności na ile są one oparte na prawdziwych wydarzeniach, faktycznie odczuwanych emocjach, mamy mniejszą możliwość kontroli. Sam status autora nie jest jasny i to budzi jeszcze więcej wątpliwości. Jeśli miałabym odnieść to do pracy nad blogami, mogę stwierdzić, że chociaż w większości analizowane przeze mnie blogi wydawały się autentyczne i wiarygodne, to nie mogę mieć co do tego całkowitej pewności. Pojawia się też problem etyczności i wspomniany wcześniej wpływ jaki może wywrzeć badanie na osoby badane. Należy się więc zastanowić  na ile badacz ma prawo wpływać na zastaną rzeczywistość i czy w ogóle powinien ją zmieniać. Choć to odnosi się nie tylko do samych badań autoetnograficznych, ale ogólnie do socjologii zaangażowanej. 
Kolejną kwestią, która wydaje mi się jednocześnie wadą i zaletą jest nacechowanie emocjonalne tekstów. Wiele tekstów opartych na autoetnografii, w tym również tworzone w ramach zajęć blogi, jest silnie nacechowanych emocjonalnie. Z jednej strony może utrudniać to ich analizę, ale jednocześnie można wyciągnąć z takich treści wiele istotnych wniosków, dotyczących autora, jego odczuć w konkretnych sytuacjach.
Podsumowując, pomimo wspomnianych problemów wynikających z badań autoetnograficznych, jestem jak najbardziej przychylna takim metodom. Bardzo podoba mi się to odejście od klasycznych sposobów badania, specyficzne nawet jeśli chodzi o metody jakościowe. Myślę, że jeśli będę miała taką możliwość, chętnie wykorzystam autoetnografię w przyszłości. 

środa, 26 października 2016

Zadanie 3. - Dziennik

20.10.2016 ( czwartek ) 
Rano jak zwykle nie mogę podnieść się z łóżka. Verbal Jint po raz piąty wyśpiewuje mi „Good Morning” a ja ponownie wciskam przycisk „drzemka”. W końcu się podnoszę i zaczynam w pośpiechy biegać po mieszkaniu. Prysznic, suszarka, kremy, makijaż, szybkie śniadanie, ubrania na szczęście przygotowane dzień wcześniej i bieg na autobus. Zajęcia zaczynam o 9.40. Docieram na nie w porę. Późniejsze okienko spędzam w towarzystwie znajomych z roku. Najpierw sadowimy się niedaleko automatu z napojami. Pomimo trwających zajęć co chwile przemykają obok nas studenci a to z kubkiem kawy a to gorącą czekoladą. Czas szybko zlatuje nam na luźnych rozmowach. Kolejne zajęcia związane z marketingiem też mijają dość szybko. Po zajęciach wracam do domu i z współlokatorką zabieramy się za robienie szarlotki, która chodzi nam po głowach już kolejny dzień. W międzyczasie odwiedza mnie przyjaciółka, która robi mi niespodziankę i przyprowadza z sobą naszego wspólnego znajomego. Dzień kończę jedząc szarlotkę z lodami i słuchając muzyki. 

21.10.2016 (piątek)
Kolejny dzień i po raz kolejny problem z podniesieniem się z łóżka. Verbal Jint wydaje się coraz bardzie irytujący i zastanawiam się nad zmianą budzika. W końcu wstaję. Jeszcze przez chwilę siedzę na łóżku wpatrzona w nicość i zastanawiam się nad problemami wszechświata. Przy nich moja potrzeba podniesienia się jest niczym, więc poważnie zastanawiam się nad ponownym zawinięciem się w kołdrę.  W końcu decyduję się wstać. Jak zwykle odbywam maraton po mieszkaniu i nareszcie gotowa biegnę na autobus. Jedyne tego dnia zajęcia zaczynają się o 11.20. Udaje mi się dotrzeć przed czasem. Chwilę jeszcze rozmawiam ze znajomymi z roku. Na zajęciach próbuję się skupić, ale jak zwykle czuję się przytłoczona SPSSem. Wychodząc z budynku spotykam przyjaciółkę i wciągnięta w rozmowę znów wracam na uczelnię. Spędzam z nią jeszcze chwilę planując wspólne wyjście i w końcu wychodzę z budynku. Nakładam słuchawki na uszy i wracam do mieszkania. Mam jechać na weekend do rodziców, więc powoli zaczynam się pakować, w międzyczasie sprzątając. Wieczorem docieram do rodzinnego domu. Po kąpieli i  urodowym rytuale kończę dzień głaszcząc mego psa. 

22.10.2016 (sobota)
Sobota zobowiązuje mnie do spania do południa. Nie mam wyjścia. Gdy wstaję mama stawia przede mną kubek gorącej herbaty i robi śniadanie, a ja czuję jeszcze większą radość z pobytu w domu rodzinnym. Śniadanie konsumuję w towarzystwie dwóch psów i pięciu kotów czekających aż podzielę się z nimi śniadaniem, ewentualnie zrezygnują  z niego na ich rzecz. Niestety zawodzę ich oczekiwania. Zmęczona śniadaniem i poranną toaletą wracam do łóżka, tym razem w towarzystwie laptopa i włączam koreański film. A później jeszcze dwa czy trzy. W końcu znajduję trochę czasu na jogę, o której zapomniałam przez kilka poprzednich dni i czego bardzo żałuję czując ból pierwszych wykonywanych ćwiczeń. Rozciągając się słucham spokojnej muzyki. Spędzam trochę czasu na rozmowie z rodziną  i zabawie ze zwierzętami. Dzień kończę zasypiając twarzą w książce.

23.10.2016 (niedziela)
Budzi  mnie mama. Wspólnie wybieramy się na zakupy. Po powrocie do domu zjadam obiad i zaczynam się pakować. W międzyczasie oglądam jeszcze film, spędzam trochę czasu na rozmowach przy herbacie z mamą. Doprowadzam do porządku klatkę mego szczura i ruszam w drogę do Białegostoku. Po powrocie rozpoczynam mozolne rozpakowywanie, którego bardzo nie lubię. Ciągłe przerwy na rozmowy przez Internet ze znajomymi sprawiają, że zajmuje mi to bardzo dużo czasu. W końcu zabieram się za pracę nad ćwiczeniami na zajęcia. A wieczór spędzam z playlistą zespołu Domowe Melodie. 

24.10.2016 (poniedziałek)
Dziś odwołano zajęcia, więc z łóżka podnoszę się dość późno. Standardowo biorę prysznic, susze włosy, jem śniadanie, a później marnuję kilka godzin na snucie się po mieszkaniu w rytmie ulubionych piosenek, przecieranie kątów i zastanawianie się ilu niepotrzebnych rzeczy jeszcze nie zrobiłam. W końcu zabieram się za wykonywanie ćwiczeń na zajęcia i popijanie ich herbatą miodowo-imbirową domowej roboty. W południe dzwoni do mnie koleżanka z którą mam się spotkać. Wspólnie wybieramy się na szybkie zakupy i jemy obiad. Po czym dość niechętnie jedziemy na zajęcia z angielskiego – pogoda zdecydowanie zachęca do wylegiwania się w łóżku a dużo mniej do miejskich podróży. Wieczór spędzam w towarzystwie programu SPSS wykonując zadania i przygotowując się do zapowiedzianej wejściówki. 

25.10.2016 (wtorek)
Poranek jak zawsze jest dla mnie ciężki. Spędzam godzinę na wciskaniu przycisku „drzemka”. W końcu podnoszę się i jeszcze przez jakiś czas kontempluję znajdującą się przede mną ścianę. Długi gorący prysznic, śniadanie, makijaż, suszarka, niezdecydowanie co do dzisiejszej garderoby. W końcu razem z współlokatorką wychodzę z mieszkania i ruszam na zajęcia, które zaczynamy o 11.20. Znów trafiam na uczelnie na czas. Szybko przedzieram się przez tłum gaworzący na korytarzu i znajduję się pod salą. Widzę kilka znajomych twarzy na których maluje się grymas – okazuje się że zajęcia, na których ma za chwile znaleźć się moja grupa były bardzo trudne. Przyznam, że ta informacja nie podnosi mnie jakoś specjalnie na duchu. W końcu nasza kolej. Zajęcia faktycznie nie są proste, ale poprzedni wieczór spędzony z SPSSem okazuje się bardzo pomocny. Wejściówki na szczęście nie ma. Koniec zajęć. Szybkie zakupy przed powrotem do mieszkania. Po powrocie kolorowy pełen warzyw obiad, który robię słuchając ostatniej płyty Miyavi’ego, drobne porządki i znów praca przed komputerem, tym razem na zajęcia z badań ilościowych. Dzień kończę popijając kubek gorącej herbaty z pigwy - nie ma to jak porządna dawka witaminy C w deszczowy jesienny dzień.

26.10.2016 (środa)
Dziś wyjątkowo udaje mi się wstać przy drugim budziku. Podnoszę co prawda niechętnie, ale udaje mi się sprawnie wykonać wszystkie poranne czynności. Zajęcia znów na 11.20. Najpierw wykład i ćwiczenia. Całkiem ciekawe. Później okienko które spędzam częściowo na rozmowach ze znajomymi z roku, częściowo na dopracowywaniu zadania na zajęcia. Pomimo trwających już zajęć studenci ciągle znajdujący się na korytarzu zachowują się wyjątkowo głośno,  rozmawiają się i co chwile wybuchają śmiechem.  Jak zwykle w środę ostatnie ćwiczenia wysysają ze mnie resztki energii. Z uczelni wychodzę o godzinie 18 i powoli zmierzam w stronę mieszkania. Po powrocie jem szybki posiłek i zabieram się za tworzenie ostatniego wpisu słuchając „Sayonara Hitori” Taemin’a. 

środa, 19 października 2016

Zadanie 2. - Narracja autobiograficzna

Kiedy byłam małym dzieckiem…
Urodziłam się w małej miejscowości i swoje dzieciństwo spędziłam na wsi, biegając po zielonej trawie, otoczona zwierzętami, które zawsze traktowałam jak członków rodziny. Kiedy byłam małym dzieckiem uwielbiałam słuchać jak mama czyta mi książki. Czy to krótkie wierszyki czy baśnie, zawsze fascynowały mnie światy kryjące się pomiędzy okładkami i uważałam, że nie ma nic bardziej magicznego od nich. Historie nigdy mi się nie nudziły i lubiłam słuchać ich wielokrotnie, tak że wiele z nich znałam na pamięć. Kiedy jeszcze nie umiałam czytać siadałam przed moimi magicznymi książkami, przewracałam kolejne strony i recytowałam zapamiętanie wersy. Samo udawanie, że czytam wydawało mi się niezwykle ekscytujące i sprawiało mi wiele radości. Kochałam swoje książki. Zawsze pilnowałam żeby nikt ich nie zniszczył i odkładałam je starannie na półki. Były dla mnie jak żywe istoty, jak przyjaciele, którzy budzili we mnie podziw i szacunek. Wydawało mi się, że trzeba być prawdziwym czarodziejem, żeby być w stanie stworzyć coś tak niesamowitego.
Źródło: https://static.pexels.com/photos/46274/pexels-photo-46274.jpeg

I odkryłam, że też potrafię czarować…
W szkole podstawowej nadal kochałam książki. Teraz mogłam je już samodzielnie czytać, co dawało mi niezwykłą satysfakcję. Pochłaniałam ich mnóstwo. Nie były to tylko książki opisujące fikcyjne światy, ale i podręczniki szkolne przedstawiające rzeczywistość – wszystkie one wydawały mi się wyjątkowe i uwielbiałam spędzać czas na ich zgłębianiu. Książki nadal wydawały mi się lepszymi przyjaciółmi niż ludzie i nie mogłam się od nich oderwać. Zwykle nie potrafiłam wytrzymać do zajęć i czytałam wcześniej rozdziały przeznaczone na kolejne lekcje.
W tym czasie odkryłam, że poza czytaniem sama  mogę też pisać, tworzyć historie i światy, ograniczana jedynie możliwościami własnej wyobraźni. Wydawało mi się, że zyskałam niesamowitą magiczną moc. Uwielbiałam zajęcia z języka polskiego. Zawsze z niecierpliwością czekałam na prace domowe, które wymagały od nas tworzenia własnych tekstów. Wtedy też zamarzyłam o tym by w przyszłości zostać pisarką. Nie do końca rozumiałam co się z tym wiąże, wiedziałam tylko, że chce pisać i otaczać się książkami, mymi magicznymi przyjaciółmi.
Źródło: https://pixabay.com/static/uploads/photo/2015/01/20/18/28/writer-605764_960_720.jpg

Czas gimnazjum, czas zmian 
Znalezienie się w nowej szkole i okres aklimatyzacji był dla mnie niezwykle trudny. Zawsze byłam nieśmiałym, zamkniętym w sobie dzieckiem, które raczej zdystansowane obserwowało czujnie otoczenie i wolało trzymać się na uboczu. Nowe miejsce i nowi znajomi budzili we mnie różne niepokoje. Książki stały się w tym czasie formą ucieczki. Zapominałam o lekcjach, zadanych pracach domowych, otaczających mnie ludziach i uciekałam do nieznanych wcześniej światów, uważnie obserwując postaci i ich relacje. Wolałam żyć ich życiem. W tym czasie odnalazłam też inne zainteresowania. Zaczęłam dużo czytać o Japonii i interesować się japońską popkulturą, szczególnie filmami animowanymi. Fascynowały mnie różnice jakie dostrzegałam pomiędzy znaną mi kulturą a tym dalekim światem. Ludzie zachowywali się inaczej, wykonywali inne gesty, myśleli inaczej. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: dlaczego? Miałam wrażenie, że odnalazłam kolejną magiczną krainę jaką znałam tylko z moich ukochanych książek. Anime sprawiło, że z czasem zainteresowałam się też rysunkiem i odkryłam, że potrafię tworzyć nie tylko słowa, ale i obrazy. Mogłam moje historie uzupełniać ilustracjami! Mnóstwo czasu zaczęłam poświęcać więc na ćwiczenie rysunku. Zyskałam kolejną magiczną umiejętność.  

Kiedy zapomniałam o pisaniu...
W liceum coraz mniej pisałam. Nadal lubiłam czytać, ale więcej czasu poświęcałam na rysowanie. Te jednak ustępowało coraz bardziej mojej nowej miłości jaką stała się kultura dalekowschodniej Azji. Początkowe zafascynowanie Japonią z czasem doprowadziło mnie też do półwyspu koreańskiego, który skusił mnie wytworami popkulturowymi. Później zaczęłam pochłaniać książki dotyczące kultury i historii Korei, wyszukiwać informacje przy pomocy Internetu ciągle chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Uwielbiałam słuchać koreańskiej muzyki czy to nowoczesnej czy dźwięków tradycyjnych instrumentów, z których szczególnie pokochałam gayageum. Fascynowały mnie różnice kulturowe jakie zdołałam zaobserwować i odkrywanie tego nowego dziwnego świata, który chwilami wydawał się niezrozumiały. Zagubiłam wtedy kierunek, którym wcześniej podążałam i nie byłam pewna co chcę dalej robić w życiu, do czego zmierzam, jak połączyć wszystkie moje zainteresowania i wcześniejsze marzenia, albo które z nich wybrać. Wiedziałam, że lubię obserwować ludzi, lubiłam też ich słuchać. Koleżanka podpowiedziała mi w tamtym czasie, że byłabym dobrym psychologiem. Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad jej słowami i pomysł wydał mi się całkiem ciekawy. Przerosła mnie chyba jednak myśl o odległości jaka dzieliłaby mnie od domu, nie bez znaczenia były też koszty przeprowadzki. Ostatecznie zdecydowałam się najpierw na konkretne miasto a nie na kierunek i postanowiłam studiować w Białymstoku. Z kilku kierunków na jakie się dostałam w końcu zdecydowałam się na socjologię.
Źródło: https://c2.staticflickr.com/4/3794/13326965434_a2c5d0b378_b.jpg

Socjologia?
Pierwsze kroki stawiane na uczelni nie były łatwe. Nie do końca też wiedziałam czego spodziewać się po wybranym kierunku. Nazwa „socjologia” nadal brzmiała dla mnie dość obco i po części niezrozumiale. Nie byłam pewna co właściwie się za nią kryje, czego będę musiała się nauczyć. Strach i niepewność powoli zaczęły zamieniać się w wielką fascynację. Każde zajęcia, nawet jeśli trudne wydawały mi się intrygujące. Czułam, że znów eksploruje nowy świat. Wszystko co do tej pory wydawało mi się jasne i oczywiste, przestało takie być. Musiałam nauczyć się nowego myślenia, otworzyć umysł, by dostrzec to co niedostrzegalne na pierwszy rzut oka. Socjologia okazała się czymś czego od dawna szukałam. Znów poczułam magię jaką jako dziecko odnajdywałam na stronach książek. Okazało się, że rzeczywistość jaka mnie otacza jest o wiele bardziej złożona, tajemnicza i fascynująca.  Mogłam o niej czytać, z czasem również zaczęłam pisać. Znalazłam odpowiedzi na dawno postawione pytania: dlaczego? I zadawałam coraz to nowe. Socjologia dała mi też możliwość innego spojrzenia na zjawiska dziejące się w mojej ukochanej Korei i możliwość pisania o nich. Przez te wszystkie lata ani razu nie żałowałam swojej decyzji o pójściu na socjologię.
Źródło: https://c1.staticflickr.com/1/24/56206868_9ea35e3694_b.jpg

A teraz?
Nadal nie żałuję. Ciągle lubię czytać, teraz w szczególności książki socjologiczne. Wciąż rysuję i oczywiście piszę. Poznaję Koreę od całkiem nowej, socjologicznej strony. Próbuję zaleźć też czas na inne zainteresowania takie jak słuchanie muzyki czy gra na gitarze. Nadal nie jestem pewna co wydarzy się dalej, jakie światy będę odkrywać w przyszłości, ale z pewnością wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia w jakiś sposób będą miały na to wpływ. 

środa, 12 października 2016

Zadanie 1. - Odpowiedzi na pytania

1.             Jakie gesty lub słowa są dla Ciebie typowe?

Pomimo, że zdarza mi się żywo gestykulować kiedy z kimś rozmawiam do głowy nie przychodzą mi żadne charakterystyczne dla mnie gesty. Bardzo możliwe, że najzwyczajniej nie zdaje sobie sprawy z ich wykonywania. Jednak jeśli miałabym wskazać na coś co często zdarza mi się robić, było by to zakrywanie ust, gdy się śmieję – niezbyt lubię pokazywać swój uśmiech i gładzenie włosów, które zwykle nie są w stanie pozostać na wyznaczonym dla nich miejscu.
Dużo łatwiej jest mi znaleźć słowa, które powtarzam często i zwykle bez namysłu, zgodnie z zasadą „najpierw mówię, później myślę”. Z całej masy takich słów miejsce w czołówce zajmują „molla" i „kamsahamnida". Te dwa obco brzmiące zbitki dźwięków są dowodem na to jak wiele godzin mego życia spędziłam na oglądaniu koreańskich produkcji telewizyjnych. Początkowo powtarzane celowo, trochę w formie zabawy, te i podobne im słowa z czasem stały się częścią mego codziennego języka używanego w prywatnych konwersacjach. Oczywiście ku zdziwieniu części znajomych niekoniecznie równie zafascynowanych wytworami dalekowschodniej popkultury.
Dodatkowo w moim słowniku okazjonalnie pojawiają się słowa, których zdecydowanie nadużywam, ale jedynie przez jakiś czas. Zwykle przyklejają się one do mnie i nie chcą puścić przez tygodnie czy miesiące, aż zostaną zastąpione przez inne. Przyznam, że na wspomnienie takich „rzepów” uśmiecham się sama do siebie. Rzeczywistość wirtualna oczywiście obdarowała mnie „lolem” i nie wiadomo czym dokładnie spowodowanym „żalem”. W międzyczasie pojawiła się też niejedna „masakra”, chociaż ta towarzyszy mi do dnia dzisiejszego.


2.             W jaki sposób zwykle dbasz o swoje ciało / o swój wygląd?

Zapewne w tym przypadku nie wykażę się szczególną oryginalnością. Ba! Zapewne odpowiedź której udzielę przywiedzie na myśl obraz stereotypowej kobiety. Fakty są jednak jakie są. Każdego dnia wklepuję więc w twarz kolejne warstwy kremów i esencji, zawsze w odpowiedniej kolejności i odstępie czasowym, wspomagając wszystko masażami twarzy i przykładając uwagę do każdego wykonywanego ruchu. Stało się to już dla mnie rytuałem, ale też i chwilą pozwalającą na odprężenie, czymś na co czekam każdego dnia. Niezwykle ważną częścią mego rytuału są też maseczki  w płacie, najlepiej produkcji południowo-koreańskiej.
Innym sposobem na dbanie o ciało są dla mnie ćwiczenia jogi. Nie jestem szczególnie wygimnastykowana i nigdy specjalnie nie lubiłam ćwiczeń, ani nie interesowałam się sportem (pomijając okres w którym zafascynowana byłam jazdą konną), jednak moje powolne i wciąż dość niepozorne kroki stawiane w świecie jogi, są dla mnie kolejnym sposobem na relaks. Dostarczają też ciału, zwykle przykutemu do biurka i niezbyt aktywnemu, odrobiny ruchu.

3.             Z jakiego powodu ostatnio płakałeś/aś lub śmiałeś/aś się?

Ostatni raz płakałam kiedy po raz kolejny oglądałam jeden z moich ulubionych filmów. Chociaż znałam już fabułę, nie udało mi się opanować emocji. Był to smutny film, więc gdy poruszył mną po raz pierwszy łzy wydały mi się czymś naturalnym. Jednak produkcja ta, bez względu na to ile razy do niej powracam, zawsze wywołuje we mnie te same reakcje. Chwilami wydaje mi się to nieco dziwne i zastanawiam się dlaczego znów płaczę.
Ostatni seans odbyłam z przyjaciółką. Zwykle gdy płaczę staram się robić to w samotności, gdy nikt tego nie widzi. W płaczu, czy to histerycznym czy też niewinnym ronieniu pojedynczych łez, jest coś zawstydzającego. Coś co sprawia, że człowiek wydaje się słaby i bezbronny. Przynajmniej ja tak się czuję. Jakbym odsłaniała siebie, aż za bardzo. Nie lubię tego uczucia. Tym razem mimo obecności drugiej osoby nie udało mi się powstrzymać kumulujących się we mnie emocji. Nie jestem do końca pewna czym spowodowane było to zawstydzenie, które wtedy poczułam, dlaczego łzy są czymś co chciałabym ukryć. Zdecydowanie łatwiej jest mi dzielić się śmiechem niż łzami.  

4.             Jakiego rodzaju duchową aktywność codziennie podejmujesz?

Z aktywności, które podejmuje każdego dnia najbardziej duchowym doświadczeniem są dla mnie chwile spędzane na słuchaniu muzyki. Ta jest bardzo ważną częścią mojego życia. Działa na moje emocje, jest też sposobem na ich wyrażanie. Nie jest to jeden typ muzyki. To czego słucham danego dnia jest zależne od mego nastroju, myśli które akurat krążą mi po głowie, czasem nawet od pory roku czy pogody za oknem. Jest wiele piosenek do których wracam w określonym czasie każdego roku, te do których sięgam kiedy chcę się zrelaksować lub gdy jestem szczęśliwa. Są to też utwory, które przywołują na myśl określone osoby czy zdarzenia. Jest coś wyjątkowego w chwilach, gdy z słuchawkami na uszach oddaje się zupełnie muzyce, coś całkowicie duchowego lub kiedy wspólnie z innymi rozkoszuje się żywymi dźwiękami dochodzącymi ze sceny. Ciężko jest mi wyobrazić sobie mój dzień, gdyby pozbawić go muzyki. 


5.             Jaką książkę (pomijając lektury zadane na zajęcia) ostatnio przeczytałeś/aś?

Ostatnią książką przeczytaną całkowicie dla przyjemności, w chwili gdy starałam się zapomnieć o literaturowej wierzy krzyczącej „praca magisterska!”, była praca dwóch autorów Nicolasa Leviego i Edgara Czop - „Kim jest Kim Dzong Un?”. Sięgnęłam po nią z powodu dużego zainteresowania poczynaniami kolejnych pokoleń Kimów, zachęcona też poprzednimi książkami Nicolasa Leviego. Oczywiście nie bez znaczenia była okładka książki z której zachęcająco uśmiechał się czarno-biały grubasek - nie mogłam przejść obok niego obojętnie. Książkę czytało się całkiem przyjemnie, autorom udało się dotrzeć do wielu interesujących faktów, pomimo że informacje na temat Korei Północnej i kolejnych władających Kimów są trudno dostępne. Dodatkowo jest to pierwsza polska pozycja dotycząca życia Kim Dzong Una, co jest jej kolejnym atutem i co również bardzo mnie zachęciło do sięgnięcia po tę pozycję. 


6.             W jakiego rodzaju działaniach jesteś najbardziej kreatywny/a?


Prawdopodobnie największą kreatywnością wykazuje się kiedy tworzę coś zupełnie dla przyjemności, nieobarczona presją czasu i odgórnym przymusem. Bardzo lubię prace manualne, które pozwalają mojej wyobraźni działać w pełni. Myślę, że najlepszym przykładem są własnoręcznie tworzone prezenty dla przyjaciół. Ach, cóż to są za prezenty! Oczywiście nie wypada się chwalić, ale cóż poradzić kiedy kłamać też nie wypada i szczerze muszę odpowiedzieć na powyższe pytanie. Zatem wracając do sedna…. Zdecydowanie są to podarunki jedyne w swoim rodzaju. Pełne inwencji, pomysłu, zawsze z nutką humorystyczną i specjalnie dobrane do zainteresowań i gustów obdarowywanych. Jakie konkretnie są to prezenty nie jest aż tak istotne. Ważne natomiast, że zawsze są to paczki przepełnione wspomnieniami i znaczeniem zrozumiałym tylko dla mnie i mego drogiego przyjaciela. I zawsze powodują, że dostaje w zamian prezenty jeszcze wyśmienitsze - czy to szczery uśmiech, czy łezkę, którą drogi mi przyjaciel uroni. Sam zresztą proces tworzenia jest dla mnie niezwykle wartościowy, bo każda chwila spędzona na planowaniu i wykonywaniu prezentu  jest dedykowana obdarowywanemu. Nawet jeśli tylko ja w niej uczestniczę, to czuje jakby nasza więź stawała się dzięki temu mocniejsza.