środa, 26 października 2016

Zadanie 3. - Dziennik

20.10.2016 ( czwartek ) 
Rano jak zwykle nie mogę podnieść się z łóżka. Verbal Jint po raz piąty wyśpiewuje mi „Good Morning” a ja ponownie wciskam przycisk „drzemka”. W końcu się podnoszę i zaczynam w pośpiechy biegać po mieszkaniu. Prysznic, suszarka, kremy, makijaż, szybkie śniadanie, ubrania na szczęście przygotowane dzień wcześniej i bieg na autobus. Zajęcia zaczynam o 9.40. Docieram na nie w porę. Późniejsze okienko spędzam w towarzystwie znajomych z roku. Najpierw sadowimy się niedaleko automatu z napojami. Pomimo trwających zajęć co chwile przemykają obok nas studenci a to z kubkiem kawy a to gorącą czekoladą. Czas szybko zlatuje nam na luźnych rozmowach. Kolejne zajęcia związane z marketingiem też mijają dość szybko. Po zajęciach wracam do domu i z współlokatorką zabieramy się za robienie szarlotki, która chodzi nam po głowach już kolejny dzień. W międzyczasie odwiedza mnie przyjaciółka, która robi mi niespodziankę i przyprowadza z sobą naszego wspólnego znajomego. Dzień kończę jedząc szarlotkę z lodami i słuchając muzyki. 

21.10.2016 (piątek)
Kolejny dzień i po raz kolejny problem z podniesieniem się z łóżka. Verbal Jint wydaje się coraz bardzie irytujący i zastanawiam się nad zmianą budzika. W końcu wstaję. Jeszcze przez chwilę siedzę na łóżku wpatrzona w nicość i zastanawiam się nad problemami wszechświata. Przy nich moja potrzeba podniesienia się jest niczym, więc poważnie zastanawiam się nad ponownym zawinięciem się w kołdrę.  W końcu decyduję się wstać. Jak zwykle odbywam maraton po mieszkaniu i nareszcie gotowa biegnę na autobus. Jedyne tego dnia zajęcia zaczynają się o 11.20. Udaje mi się dotrzeć przed czasem. Chwilę jeszcze rozmawiam ze znajomymi z roku. Na zajęciach próbuję się skupić, ale jak zwykle czuję się przytłoczona SPSSem. Wychodząc z budynku spotykam przyjaciółkę i wciągnięta w rozmowę znów wracam na uczelnię. Spędzam z nią jeszcze chwilę planując wspólne wyjście i w końcu wychodzę z budynku. Nakładam słuchawki na uszy i wracam do mieszkania. Mam jechać na weekend do rodziców, więc powoli zaczynam się pakować, w międzyczasie sprzątając. Wieczorem docieram do rodzinnego domu. Po kąpieli i  urodowym rytuale kończę dzień głaszcząc mego psa. 

22.10.2016 (sobota)
Sobota zobowiązuje mnie do spania do południa. Nie mam wyjścia. Gdy wstaję mama stawia przede mną kubek gorącej herbaty i robi śniadanie, a ja czuję jeszcze większą radość z pobytu w domu rodzinnym. Śniadanie konsumuję w towarzystwie dwóch psów i pięciu kotów czekających aż podzielę się z nimi śniadaniem, ewentualnie zrezygnują  z niego na ich rzecz. Niestety zawodzę ich oczekiwania. Zmęczona śniadaniem i poranną toaletą wracam do łóżka, tym razem w towarzystwie laptopa i włączam koreański film. A później jeszcze dwa czy trzy. W końcu znajduję trochę czasu na jogę, o której zapomniałam przez kilka poprzednich dni i czego bardzo żałuję czując ból pierwszych wykonywanych ćwiczeń. Rozciągając się słucham spokojnej muzyki. Spędzam trochę czasu na rozmowie z rodziną  i zabawie ze zwierzętami. Dzień kończę zasypiając twarzą w książce.

23.10.2016 (niedziela)
Budzi  mnie mama. Wspólnie wybieramy się na zakupy. Po powrocie do domu zjadam obiad i zaczynam się pakować. W międzyczasie oglądam jeszcze film, spędzam trochę czasu na rozmowach przy herbacie z mamą. Doprowadzam do porządku klatkę mego szczura i ruszam w drogę do Białegostoku. Po powrocie rozpoczynam mozolne rozpakowywanie, którego bardzo nie lubię. Ciągłe przerwy na rozmowy przez Internet ze znajomymi sprawiają, że zajmuje mi to bardzo dużo czasu. W końcu zabieram się za pracę nad ćwiczeniami na zajęcia. A wieczór spędzam z playlistą zespołu Domowe Melodie. 

24.10.2016 (poniedziałek)
Dziś odwołano zajęcia, więc z łóżka podnoszę się dość późno. Standardowo biorę prysznic, susze włosy, jem śniadanie, a później marnuję kilka godzin na snucie się po mieszkaniu w rytmie ulubionych piosenek, przecieranie kątów i zastanawianie się ilu niepotrzebnych rzeczy jeszcze nie zrobiłam. W końcu zabieram się za wykonywanie ćwiczeń na zajęcia i popijanie ich herbatą miodowo-imbirową domowej roboty. W południe dzwoni do mnie koleżanka z którą mam się spotkać. Wspólnie wybieramy się na szybkie zakupy i jemy obiad. Po czym dość niechętnie jedziemy na zajęcia z angielskiego – pogoda zdecydowanie zachęca do wylegiwania się w łóżku a dużo mniej do miejskich podróży. Wieczór spędzam w towarzystwie programu SPSS wykonując zadania i przygotowując się do zapowiedzianej wejściówki. 

25.10.2016 (wtorek)
Poranek jak zawsze jest dla mnie ciężki. Spędzam godzinę na wciskaniu przycisku „drzemka”. W końcu podnoszę się i jeszcze przez jakiś czas kontempluję znajdującą się przede mną ścianę. Długi gorący prysznic, śniadanie, makijaż, suszarka, niezdecydowanie co do dzisiejszej garderoby. W końcu razem z współlokatorką wychodzę z mieszkania i ruszam na zajęcia, które zaczynamy o 11.20. Znów trafiam na uczelnie na czas. Szybko przedzieram się przez tłum gaworzący na korytarzu i znajduję się pod salą. Widzę kilka znajomych twarzy na których maluje się grymas – okazuje się że zajęcia, na których ma za chwile znaleźć się moja grupa były bardzo trudne. Przyznam, że ta informacja nie podnosi mnie jakoś specjalnie na duchu. W końcu nasza kolej. Zajęcia faktycznie nie są proste, ale poprzedni wieczór spędzony z SPSSem okazuje się bardzo pomocny. Wejściówki na szczęście nie ma. Koniec zajęć. Szybkie zakupy przed powrotem do mieszkania. Po powrocie kolorowy pełen warzyw obiad, który robię słuchając ostatniej płyty Miyavi’ego, drobne porządki i znów praca przed komputerem, tym razem na zajęcia z badań ilościowych. Dzień kończę popijając kubek gorącej herbaty z pigwy - nie ma to jak porządna dawka witaminy C w deszczowy jesienny dzień.

26.10.2016 (środa)
Dziś wyjątkowo udaje mi się wstać przy drugim budziku. Podnoszę co prawda niechętnie, ale udaje mi się sprawnie wykonać wszystkie poranne czynności. Zajęcia znów na 11.20. Najpierw wykład i ćwiczenia. Całkiem ciekawe. Później okienko które spędzam częściowo na rozmowach ze znajomymi z roku, częściowo na dopracowywaniu zadania na zajęcia. Pomimo trwających już zajęć studenci ciągle znajdujący się na korytarzu zachowują się wyjątkowo głośno,  rozmawiają się i co chwile wybuchają śmiechem.  Jak zwykle w środę ostatnie ćwiczenia wysysają ze mnie resztki energii. Z uczelni wychodzę o godzinie 18 i powoli zmierzam w stronę mieszkania. Po powrocie jem szybki posiłek i zabieram się za tworzenie ostatniego wpisu słuchając „Sayonara Hitori” Taemin’a. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz