20.10.2016
( czwartek )
Rano
jak zwykle nie mogę podnieść się z łóżka. Verbal Jint po raz piąty wyśpiewuje
mi „Good Morning” a ja ponownie wciskam przycisk „drzemka”. W końcu się
podnoszę i zaczynam w pośpiechy biegać po mieszkaniu. Prysznic, suszarka,
kremy, makijaż, szybkie śniadanie, ubrania na szczęście przygotowane dzień
wcześniej i bieg na autobus. Zajęcia zaczynam o 9.40. Docieram na nie w porę.
Późniejsze okienko spędzam w towarzystwie znajomych z roku. Najpierw sadowimy
się niedaleko automatu z napojami. Pomimo trwających zajęć co chwile przemykają
obok nas studenci a to z kubkiem kawy a to gorącą czekoladą. Czas szybko
zlatuje nam na luźnych rozmowach. Kolejne zajęcia związane z marketingiem też
mijają dość szybko. Po zajęciach wracam do domu i z współlokatorką zabieramy
się za robienie szarlotki, która chodzi nam po głowach już kolejny dzień. W
międzyczasie odwiedza mnie przyjaciółka, która robi mi niespodziankę i
przyprowadza z sobą naszego wspólnego znajomego. Dzień kończę jedząc szarlotkę
z lodami i słuchając muzyki.
21.10.2016
(piątek)
Kolejny
dzień i po raz kolejny problem z podniesieniem się z łóżka. Verbal Jint wydaje
się coraz bardzie irytujący i zastanawiam się nad zmianą budzika. W końcu
wstaję. Jeszcze przez chwilę siedzę na łóżku wpatrzona w nicość i zastanawiam
się nad problemami wszechświata. Przy nich moja potrzeba podniesienia się jest
niczym, więc poważnie zastanawiam się nad ponownym zawinięciem się w
kołdrę. W końcu decyduję się wstać. Jak zwykle odbywam maraton po
mieszkaniu i nareszcie gotowa biegnę na autobus. Jedyne tego dnia zajęcia
zaczynają się o 11.20. Udaje mi się dotrzeć przed czasem. Chwilę jeszcze
rozmawiam ze znajomymi z roku. Na zajęciach próbuję się skupić, ale jak zwykle
czuję się przytłoczona SPSSem. Wychodząc z budynku spotykam przyjaciółkę i
wciągnięta w rozmowę znów wracam na uczelnię. Spędzam z nią jeszcze chwilę planując wspólne wyjście i w końcu wychodzę z budynku.
Nakładam słuchawki na uszy i wracam do mieszkania. Mam jechać na weekend do
rodziców, więc powoli zaczynam się pakować, w międzyczasie sprzątając.
Wieczorem docieram do rodzinnego domu. Po kąpieli i urodowym rytuale
kończę dzień głaszcząc mego psa.
22.10.2016
(sobota)
Sobota
zobowiązuje mnie do spania do południa. Nie mam wyjścia. Gdy wstaję mama stawia
przede mną kubek gorącej herbaty i robi śniadanie, a ja czuję jeszcze większą
radość z pobytu w domu rodzinnym. Śniadanie konsumuję w towarzystwie dwóch psów
i pięciu kotów czekających aż podzielę się z nimi śniadaniem, ewentualnie
zrezygnują z niego na ich rzecz. Niestety zawodzę ich oczekiwania.
Zmęczona śniadaniem i poranną toaletą wracam do łóżka, tym razem w towarzystwie
laptopa i włączam koreański film. A później jeszcze dwa czy trzy. W końcu
znajduję trochę czasu na jogę, o której zapomniałam przez kilka poprzednich dni
i czego bardzo żałuję czując ból pierwszych wykonywanych ćwiczeń. Rozciągając
się słucham spokojnej muzyki. Spędzam trochę czasu na rozmowie z rodziną
i zabawie ze zwierzętami. Dzień kończę zasypiając twarzą w książce.
23.10.2016
(niedziela)
Budzi
mnie mama. Wspólnie wybieramy się na zakupy. Po powrocie do domu zjadam obiad i
zaczynam się pakować. W międzyczasie oglądam jeszcze film, spędzam trochę czasu
na rozmowach przy herbacie z mamą. Doprowadzam do porządku klatkę mego szczura
i ruszam w drogę do Białegostoku. Po powrocie rozpoczynam mozolne
rozpakowywanie, którego bardzo nie lubię. Ciągłe przerwy na rozmowy przez
Internet ze znajomymi sprawiają, że zajmuje mi to bardzo dużo czasu. W
końcu zabieram się za pracę nad ćwiczeniami na zajęcia. A wieczór spędzam
z playlistą zespołu Domowe Melodie.
24.10.2016
(poniedziałek)
Dziś
odwołano zajęcia, więc z łóżka podnoszę się dość późno. Standardowo biorę
prysznic, susze włosy, jem śniadanie, a później marnuję kilka godzin na snucie
się po mieszkaniu w rytmie ulubionych piosenek, przecieranie kątów i
zastanawianie się ilu niepotrzebnych rzeczy jeszcze nie zrobiłam. W końcu
zabieram się za wykonywanie ćwiczeń na zajęcia i popijanie ich herbatą
miodowo-imbirową domowej roboty. W południe dzwoni do mnie koleżanka z którą
mam się spotkać. Wspólnie wybieramy się na szybkie zakupy i jemy obiad. Po czym
dość niechętnie jedziemy na zajęcia z angielskiego – pogoda zdecydowanie
zachęca do wylegiwania się w łóżku a dużo mniej do miejskich podróży. Wieczór
spędzam w towarzystwie programu SPSS wykonując zadania i przygotowując się do
zapowiedzianej wejściówki.
25.10.2016
(wtorek)
Poranek
jak zawsze jest dla mnie ciężki. Spędzam godzinę na wciskaniu przycisku
„drzemka”. W końcu podnoszę się i jeszcze przez jakiś czas kontempluję
znajdującą się przede mną ścianę. Długi gorący prysznic, śniadanie, makijaż,
suszarka, niezdecydowanie co do dzisiejszej garderoby. W końcu razem z
współlokatorką wychodzę z mieszkania i ruszam na zajęcia, które zaczynamy o
11.20. Znów trafiam na uczelnie na czas. Szybko przedzieram się przez tłum
gaworzący na korytarzu i znajduję się pod salą. Widzę kilka znajomych twarzy
na których maluje się grymas – okazuje się że zajęcia, na których ma za chwile
znaleźć się moja grupa były bardzo trudne. Przyznam, że ta informacja nie
podnosi mnie jakoś specjalnie na duchu. W końcu nasza kolej. Zajęcia faktycznie
nie są proste, ale poprzedni wieczór spędzony z SPSSem okazuje się bardzo pomocny.
Wejściówki na szczęście nie ma. Koniec zajęć. Szybkie zakupy przed powrotem do
mieszkania. Po powrocie kolorowy pełen warzyw obiad, który robię słuchając
ostatniej płyty Miyavi’ego, drobne porządki i znów praca przed komputerem, tym
razem na zajęcia z badań ilościowych. Dzień kończę popijając kubek gorącej
herbaty z pigwy - nie ma to jak porządna dawka witaminy C w deszczowy
jesienny dzień.
26.10.2016
(środa)
Dziś wyjątkowo udaje mi
się wstać przy drugim budziku. Podnoszę co prawda niechętnie, ale udaje mi się
sprawnie wykonać wszystkie poranne czynności. Zajęcia znów na 11.20. Najpierw
wykład i ćwiczenia. Całkiem ciekawe. Później okienko które spędzam częściowo na
rozmowach ze znajomymi z roku, częściowo na dopracowywaniu zadania na zajęcia.
Pomimo trwających już zajęć studenci ciągle znajdujący się na korytarzu
zachowują się wyjątkowo głośno, rozmawiają się i co chwile wybuchają
śmiechem. Jak zwykle w środę ostatnie ćwiczenia wysysają ze mnie resztki
energii. Z uczelni wychodzę o godzinie 18 i powoli zmierzam w stronę
mieszkania. Po powrocie jem szybki posiłek i zabieram się za tworzenie
ostatniego wpisu słuchając „Sayonara Hitori” Taemin’a.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz